MIESIĘCZNIK

DIECEZJI

EŁCKIEJ

 

 

strona główna | o nas | kontakt | archiwum 

 

 

 Cierpienie leczone sercem

Zbliża się XV Światowy Dzień Chorego. W tym roku Ojciec Święty Benedykt XVI zwraca naszą uwagę na osoby przewlekle chore i umierające. Wielu miało kontakt z ludźmi doświadczonymi długotrwałym cierpieniem. 

Trzeba być człowiekiem 

Młodość stawia przed nami konieczność podejmowania decyzji, które mają wpływ na całe późniejsze życie. Maria, studentka pielęgniarstwa, mówi: – Kiedy stanęłam przed wyborem studiów, postanowiłam zgłosić się jako wolontariuszka w hospicjum. Chciałam zobaczyć, jak wygląda praca pielęgniarek. Nauczyłam się tam, że śmierć jest częścią życia. Uważam, że bycie z osobą umierającą to jedna z najbardziej prawdziwych i szczerych relacji z ludźmi. Kiedy ktoś chce, żebyś mu towarzyszyła w tej ostatniej drodze, to dowód ogromnego zaufania i zaszczyt. W hospicjum nie ma pacjentów, bo tam każdy należy do rodziny. Pamiętam wszystkich podopiecznych, ciepło tamtego miejsca, bijące zarówno od personelu, jak i chorych. Wielu z nich traktowało mnie jak córkę. Zachwyciła mnie tam praca pielęgniarek, ich podejście do chorych, a szczególnie ciepło bijące od pani Eli, która otoczyła nas, wolontariuszy, macierzyńską troską. Teraz, już jako pielęgniarka na praktykach, cieszę się, że mogę mieć kontakt z człowiekiem, któremu pomagam. Myślę, że niemożliwe jest tylko takie mechaniczne wypełnianie obowiązków, jak przesłanie łóżka czy zastrzyk. Tu jest spotkanie z drugim człowiekiem i trzeba być człowiekiem. Kiedy wchodzę w kontakt z pacjentem, nie mogę zbagatelizować jego nastroju, potrzeby rozmowy. Ludzie wierzący szukają Boga i w szpitalu, pragną sakramentów. Zwłaszcza ciężko chorzy i w ostatnich chwilach życia. Dzień chorego to taki dzień, który przypomina, że chorym oprócz bólu, który często można uśmierzyć farmakologicznie, najbardziej doskwiera samotność, brak rodziny, bliskich. Troski i opieki rodziny nie można zastąpić żadnym lekiem.

„Parasol” cierpiących 

Małgorzata Chmielewska, kierownik „Niebieskiego Parasola” o pracy swego zespołu mówi: – Zakład nasz, czyli hospicjum domowe, w Ełku jest już od sześciu lat. Naszym głównym źródłem finansowania jest NFZ. Zajmujemy się pacjentem chorym na nowotwór w terminalnym okresie choroby. Mamy też drugi zakres opieki – nad pacjentem długotrwale przebywającym w łóżku. Nasz zespół składa się z ośmiu pielęgniarek, opiekunki, fizjoterapeuty, psychologa, pracownika socjalnego oraz dwóch lekarzy. Opieką obejmujemy ok. 70 osób. Nie wszyscy wymagają codziennych wizyt. Dostęp do zespołu jest całodobowy. Nasz pacjent jest dotknięty ogromnym cierpieniem, często umierający. Nasze wysiłki i starania ukierunkowujemy, by jak najbardziej zminimalizować cierpienie nie tylko fizyczne, ale też to egzystencjalne, gdzieś głęboko w człowieku ukryte. 

To Pan Bóg, a nie przypadek

Zdaniem pani Małgorzaty nic nie dzieje się na zasadzie przypadku. Swoją pracę i organizację opieki paliatywnej uważa za dar. Mówi: – Pan Bóg stawia na drodze ludzi, którzy chcą pomagać człowiekowi cierpiącemu. Ważne jest, by zespół miał też duchowość w sobie, bo jeżeli jako człowiek nie mam nic w sobie, to czym chorego poczęstuję? Tylko tabletką? Dla mnie cierpienie i umieranie ma sens dopiero w Bogu. Inaczej nie ma ono sensu. Bez tej perspektywy odniesienia do wiary, do Boga, chory staje się wielką udręką dla rodziny. Kiedy nachylam się nad moim pacjentem, bez wiary trudno byłoby mi zobaczyć w nim Jezusa.

Trudne pytania 

Często przy łóżku chorego pomijamy trudny temat śmierci. Bywa też, że chory i rodzina odsuwają decyzję o poproszeniu księdza, by udzielił sakramentu namaszczenia chorych. Pani Chmielewska opowiada: – Kiedy spytałam chorego, czy chciałby porozmawiać z księdzem, od razu zawołał: „Czy ze mną już tak źle?” Czasami otrzymujemy bardzo trudne pytania. Teraz mamy wielu pacjentów po czterdziestce. Pewien pan zapytał: „Jaki to ma sens, teraz kiedy moje dzieci dorastają, ja odchodzę?”. Do każdego pacjenta podchodzimy bardzo indywidualnie. Nie wolno odbierać nadziei pacjentom ani też ich okłamywać. Pacjent pyta: „Ile czasu mi jeszcze zostało?”. Nikt z nas tego nie wie. Tylko Bóg zna godzinę umierania każdego z nas. Musimy używać takich słów, by nie okłamywać, ale wnieść też zastrzyk nadziei. A resztę pozostawiamy Panu Bogu. 

Jesteśmy uczniami 

– Staramy się, by nasi chorzy uporządkowali swoje sprawy – mówi pani Małgorzata. Kiedy dowiadujemy się, że rodzina nie kontaktuje się z chorym, zachęcamy do pojednania. Szukamy bardzo delikatnych argumentów. Ofiarowujemy naszą pomoc, a otrzymujemy wielki dar od naszych chorych. Uczymy się od nich akceptowania cierpienia, znoszenia bólu. Uczymy się każdego dnia w tej „szkole cierpienia”, gdzie nauczycielami są nasi pacjenci. Dzisiaj, odnoszę wrażenie, wypiera się śmierć, umieranie z naszego życia. Liczy się tylko sukces, konsumpcyjne podejście do życia. Nie myśli się, że za chwilę, pomimo że jestem młody, mogę być dotknięty cierpieniem czy umieraniem. Wiadomość o chorobie nowotworowej nie powinna być tragicznym zaskoczeniem, cegłą spadającą na głowę. Musimy nauczyć się odnajdywać w obliczu różnych sytuacji.

 

Monika Rogińska

 

 

POWRÓT